niedziela, 27 stycznia 2013

Rozdział trzeci: Masz twarz stworzoną do uśmiechu.


     Tego ranka Louis stanął przed szafą i po raz pierwszy nie wiedział co ma na siebie założyć. Nie, żeby miał za dużo ubrań. Po prostu mama wczorajszego popołudniu wpadła do jego sypialni i zabrała do prania wszystkie koszulki, bo wszystkie były brudne od farb czy innych emulsji do malowania. Wziął jedyną parę czystych spodni i zszedł do kuchni.
- Mamo... Nie mam się w co ubrać.
Jego mama spojrzała na niego badawczo i westchnęła.
- Ohh Tommo... Chodź, mały. 
Powiedziała, zgarniając nieco wyższego od siebie syna i zaprowadziła go do swojej sypialni. Wygrzebała z szafy siatkę i podała mu, uśmiechając się lekko. Chłopak zmarszczył delikatnie nos i wyjął z niej białą koszulkę w jasnoniebieskie paski.
- Dziękuję!
Uśmiechnął się i musnął jasnymi wargami jej policzek. Wszedł do łazienki i niespiesznie wziął prysznic, po czym ubrał się w czyste ubrania. 
      Spojrzał w duże lustro wiszące na ścianie i niepewnie się uśmiechnął. Chwilę patrzył w nie niewidzącym wzrokiem, kiedy myślami powracał do sytuacji sprzed dwóch dni. A dokładnie do tej chwili, kiedy ktoś chciał dać za jego pracę takie pieniądze. To było niemożliwe, miał wrażenie, że było to zwykłym, nic nie znaczącym snem, a on niedawno się z niego obudził i szykował się na kolejny, identyczny dzień w szkole. Zagryzł delikatnie dolną wargę, podskakując gdy usłyszał pukanie do drzwi.
- Louis? Spóźnisz się do szkoły!
- Już idę, mamo!
Westchnął cicho i przekręcił klucz w drzwiach, wychodząc z pomieszczenia niespiesznie. Jego szkoła była dziwna. Niby dla dzieciaków szczególnie uzdolnionych, dla artystów. Ale tak na prawdę kto nim był? Ludzie zapisywali tam swoje pociechy by móc się pochwalić przed znajomymi, że ich dziecko chodzi do London's Art School. Tak na prawdę Louis mógłby na palcach jednej ręki zliczyć te dzieciaki, które na prawdę miały talent. Z westchnieniem wziął w dłoń swoją torbę i wsunął na nogi Vansy.
- Na razie.
     Mruknął cicho, kładąc już dłoń na chłodnej klamce, kiedy kobieta zatrzymała go jeszcze na krótką chwilę.
- Louis, na prawdę mi przykro, że nie mogłam być tam z Tobą, kochanie. 
Pod powiekami Tomlisnona pojawiły się łzy, jakich dawno nie było w jego oczach. Po prostu nigdy nie miał powodu do płaczu. Ale świadomość dlaczego jego mamy nie było z nim w tak ważnej dla niego chwili była dla niego zbyt przytłaczająca.
- Jeśli chcesz dawać dupy swojemu przełożonemu w pracy, okej, ale nie obiecuj mi, że przyjdziesz, a potem nie przepraszaj.
    Szepnął drżącym głosem i zostawiając matkę w korytarzu z osłupieniem na twarzy ruszył w stronę samochodu Harry'ego. Otworzył drzwi pasażera i ślamazarnie wdrapał się na siedzenie obok niego, wbijając turkusowe tęczówki w widok za oknem.
- Lou-Lou... Co się dzieje, mały?
Zapytał zaniepokojonych Harreh, kiedy stanęli na światłach. Spojrzał na niego badawczo i zaniepokojony, bo przecież Louis nigdy nie zachowywał się w ten sposób. Louis zawsze uśmiechał się, nawet jeśli coś szło nie tak, jak powinno. A teraz... płakał. Lou nie musiał wypuszczać łez, żeby Harry wiedział, że on płacze. Widział to w jego oczach i drżeniu dłoni.
- Nic.
Uciął cicho, wbijając spojrzenie w jakiś szary budynek za szybą, próbując ignorować natarczywe spojrzenie swojego przyjaciela. Przeniósł je na sygnalizację.
- Masz zielone światło.
Wyrwał go z zamyślenia i dał wyraźnie do zrozumienia, że nie będzie teraz o tym rozmawiał. To nie miało znaczenia. Harry posłusznie ruszył i przeciął ostatnie skrzyżowanie zanim nie znaleźli się pod ogromnym budynkiem ich liceum. 
     Zatrzymał się na swoim stałym miejscu i Tomlinson wyskoczył z auta, ruszając pospiesznie w stronę dużych, dębowych drzwi. Przechodząc przez nie omal nie zderzył się z jakimś uczniem.
- Przepraszam.
Powiedział, nieco zniekształconym przez usilnie skrywane emocje głosem i nie zaszczycając rosłego chłopaka spojrzeniem przemknął pod jego ramieniem i ruszył do klasy, w której miał pierwsze zajęcia. Harry westchnął cicho i nacisnął przycisk na kluczyku do auta, zamykając je. Poprawił swoją torbę i powoli ruszył w stronę drzwi, wymijając kapitana szkolnej drużyny który stał tam zamyślony i skierował się do swojej klasy. 
    Odpowiedź na swoje pytanie uzyskał w czasie przerwy na lunch. Tradycyjnie siedzieli pod rozłożystą wierzbą płaczącą, Harry jedząc kanapkę a Louis opierając się o jego klatkę piersiową szkicował coś w swoim notesie, pozwalając Hazzie śledzić każdy ruch jego zwinnych palców. 
- Louis, co się stało rano?
- Nic się nie...
- Nie kłam.
Przerwał mu, odkładając do połowy zjedzoną kanapkę z serem do papierowej torby. Louis był zdecydowanie ważniejszy od uczucia głodu. 
- Za dobrze Cię znam, Loueh. 
Zauważył cicho i ponownie spojrzał na swojego przyjaciela. Louis odłożył szkicownik na bok i zagryzł dolną wargę, nie pozwalając emocjom przejąć kontroli nad jego ciałem.
- Bo... Ja wiem. Ja wiem, dlaczego mojej mamy wtedy nie było.
Zaczął, a jego głos jak na złość zadrżał.
- Dlaczego, Louis?
Zapytał ciepło, chcąc go uspokoić. Delikatnie ujął jego dłoń w swoje by dodać mu odwagi. Wiedział, jak wielki problem ma Louis jeśli chodzi o wyrażanie emocji.
- Ona... Została, bo miała... pieprzyć się z Tomem.
Szepnął cicho, a Harry aż warknął gardłowo. Nigdy nie przepadał za mamą Lou, zawsze wydawała mu się sztuczna, ale teraz to już... to już była dla niego przesada. Przecież on sam mówił jej, jak ważna jest dla Louis'ego ta wystawa!
- Przykro mi, mały... Mogłeś zadzwonić, wiesz że bym przyjechał...
- Wiem, Harreh... Ale bardzo chciałem, żeby tam była. Wiesz, że to właśnie ją namalowałem? To ona i ja, jak miałem sześć lat. Przytulała mnie. Wiesz, że wtedy czułem się najszczęśliwszy
Szepnął, a po jego policzku stoczyła się krystaliczna łezka. Harreh otarł ją kciukiem i ucałował go w czółko.
- Wiem, Lou. Przykro mi.
Mocno objął przyjaciela ramionkami i pozwolił mu wtulić się w jego szyjkę, chcąc dodać mu chociaż odrobinę tego szczęścia, którego już dawno nie otrzymał. A przecież na nie zasługiwał, nie było dla niego ważniejszej i piękniejszej osoby niż Louis. Powoli wplótł palce w jego poplamione od kolorowych farb włosy i zaczął je przeczesywać, tak jak Lou bawił się jego włosami, gdy to Harry'ego coś trapiło. Potrafili czytać z siebie jak z otwartej księgi i doskonale wiedział, że na świecie nie ma osoby, która znałaby go lepiej niż Lou. 
     - Ciii... Malutki... Już dobrze...
Szeptał, kołysząc płaczącego mężczyznę w ramionach i całując go delikatnie po włosach. Kiedy Lou wreszcie się uspokoił, spojrzał na jego zaczerwienione od płaczu oczka i uśmiechnął się smutno.
- Chodź, doprowadzimy Cię do porządku.
Szepnął i wstał, ciągnąc swojego najlepszego przyjaciela za rękę.


    Zayn stanął przed szafą i nie miał problemu ze znalezieniem swoich ubrań. Lubił mieć w nich porządek, dzięki temu kompletowanie rzeczy wychodziło mu lepiej i zabierało znacznie mniej czasu. Wyjął z szafy białą koszulkę, ciemne jeansy i granatową bejsbolówkę. Wziął szybki prysznic i ułożył swoje włosy, stawiając je na żel do góry. Uśmiechnął się do lustra i chwilę zamyślił. Podświadomie przywołał w głowie obraz Louis'ego. Ten sam który wisiał na wystawie zaledwie kilka dni temu. Uśmiechnął się wesoło i zbiegł z plecakiem przewieszonym przez ramię do hallu.
- Mamo, ja wychodzę!
Krzyknął w stronę kuchni, uśmiechając się cały czas, jakby nie był zdrowy psychicznie.
- A śniadanie?!
Odkrzyknęła, ale Malik stał już przy drzwiach, łapiąc za klamkę.
- Zjem w szkole! Pa!
Nie usłyszał już odpowiedzi bo zamykał za sobą drzwi. Wskoczył na siedzenie swojego czarnego BMW x5 i odpalił silnik. Kiedy auto było już gotowe z piskiem opon wyjechał z podwórka, aby jak najszybciej pojawić się w szkole. Czuł, podświadomie wiedział że chce zobaczyć Louis'ego. Nie mógł się doczekać kiedy zobaczy jego uśmiech, może nawet znów zderzą się na korytarzu? Zaparkował na swoim standardowym miejscu i wszedł do szkoły. Nerwowo rozejrzał się dookoła, ale nigdzie nie ujrzał kolorowego mężczyzny. Nieco zawiedziony udał się w stronę drzwi w zamiarze odnalezienia Liama, kiedy ktoś na niego wpadł. Spojrzał na Lou i uśmiechnął się, jednak jego kąciki ust szybko opadł, widząc łzę na policzku swojego obiektu miłosnego. Uniósł ramię gdy chłopak przed nim przechodził i minął drzwi, tępo wpatrując się w oddalające plecy Tomlinsona. Dlaczego płakał? Co takiego się stało, że wiecznie uśmiechnięty chłopak nie miał ochoty się śmiać? Co takiego doprowadziło go do płaczu? 
- Hej, Zayn! Wszystko okej?
Zapytał Liam, kładąc dłoń na ramieniu przyjaciela. Ten podskoczył i spojrzał na niego nieprzeniknionym wzrokiem.
- On płakał, Liam. I nie wiem dlaczego.
Powiedział cicho zbolałym głosem. Chłopak poklepał go po plecach i poprowadził w kierunku sali od angielskiego.
- Na pewno sobie z tym poradzi, nie zamartwiaj się.
Polecił mu cicho i usiedli w jednej z ostatnich ławek, aby Zayn mógł spokojnie poddać się zamyśleniu i nie wiele uważać na zajęciach. 
    Podczas przerwy na lunch usiedli jak zawsze na murku. Stąd Zayn zawsze miał dobry widok na Louis'ego, a Liam mógł oglądać próby cheerleaderek. Tak, podział był słuszny i zdecydowanie każdemu odpowiadał. Szczególnie, że Liam mógł zawiesić oko na egzotycznej Danielle z roku niżej. 
- On płacze...
Szepnął cicho Zayn. Jego serduszko coś ścisnęło, nieznane dotąd uczucie, które nigdy wcześniej mu nie towarzyszyło. Walczył ze sobą by nie  podbiec tam, odepchnąć Harry'ego i wziąć kruchego artystę w swoje silne ramiona. Chciał być dla niego opoką, azylem. A mógł jedynie siedzieć, patrzeć i czuć jak każda jego łza rozdziera jego małe, niegdyś egoistyczne serduszko. Jak to się dzieje, że tak mały i w zasadzie nie ważny dla świata mężczyzna wzbudza w nim takie emocje? Jak to wszystko się działo, że Malik z nieczułego kapitana drużyny nagle odkrył w sobie ogromne uczucia? 
- Kto?
Zapytał głupkowato Liam, spoglądając ponownie ukradkiem na skaczącą Peazer i zawieszając wzrok na jej zgrabnym tyłku. Zayn wywrócił oczami i uderzył lekko chłopaka, by chociaż na chwilę przestał gwałcić ją wzrokiem.
- Przestań, już ci staje.
Warknął cicho i wrócił spojrzeniem do Louis'ego. Zagryzł dolną wargę, nie wiedząc czy powinien, czy może coś zrobić. Nie spuścił z niego wzroku, kiedy Harry prowadził go do szkoły i powoli podniósł się z murka.
- A ty gdzie idziesz?
Zapytał Liam, którego ostudził nagły ruch przyjaciela.
- Muszę do łazienki.
Powiedział cicho i ruszył za dwójką przyjaciół do środka szkoły. Wszedł do ubikacji i faktycznie wpierw załatwił swoje potrzeby fizjologiczne, mając nadzieję, że podsłucha chociaż coś, co pomoże mu dojść do tego, dlaczego jego mały promyk szczęścia wypłakuje swoje oczka. Umył dłonie, kątem oka spoglądając na przemywającego buzię chłodną wodą Louis'ego. Harry w tym czasie sztyletował go spojrzeniem, więc nie chcąc się narażać pospiesznie opuścił pomieszczenie. Niczego się nie dowiedział co go raniło. Przemknął palcami po swoich włosach i skierował swoje kroki do sali od muzyki. 
    Koniec zajęć zdecydowanie tym razem nie ucieszył Malika. Oznaczało to powrót do domu i kolejne długie godziny krążenia myślami wokół chłopaka o kasztanowych włosach i zniewalającym uśmiechu. Tak bardzo chciał go dzisiaj zobaczyć! Ułożył plecak na tylnym siedzeniu swojego autka, kiedy poczuł jak Liam naskakuje na jego plecy, podtykając mu karteczkę z dziesięcioma cyferkami pod nos.
- Gratuluję, zdobyłeś numer Danielle.
- Co? Nie! Jej numer mam od dawna, a to jest dla Ciebie.
Wyszczerzył się mężczyzna, na co Malik gwałtownie się odwrócił.
- Co? Ale czyj to jest numer?
Zapytał, nie mając pojęcia o co tak na prawdę może chodzić jego przyjacielowi. Ten wywrócił oczami i wcisnął mu świstek w dłoń, wciąż uśmiechając się wesoło.
- Zgadnij. Za czyim numerem dla Ciebie mogę stawać na rzęsach?
- ZAŁATWIŁEŚ MI NUMER LOUIS'EGO?!
Niemal wrzasnął zaskoczony Malik, przez co Payne musiał zatkać mu usta dłonią.
- Ciszej, co? 
Warknął cicho i uśmiechnął się lekko, kiedy Zayn przestał wariować i spojrzał na niego wielkimi oczami.
- Tak, załatwiłem ci numer Louis'ego. W ramach podziękowania możesz podrzucić mnie do domu.
     Zaśmiał się lekko i nim Zayn zdążył zareagować wskoczył na miejsce pasażera, ustawiając pod siebie fotel. Zayn wsunął się na swoje siedzenie i spojrzał na niego, odpalając silnik.
- Jak... Jak to zrobiłeś?
Zapytał, ruszając w stronę głównej bramy aby opuścić teren liceum.
- Normalnie. Pani Cortey kazała mi zanieść dziennik do pokoju nauczycielskiego. Jak byłem wcześniej w sekretariacie to zauważyłem że na bocznym hallu kamera nie działa, więc przechodząc tam szybko spisałem sobie jego numer z dziennika i voila, nie ma za co.
Uśmiechnął się wesoło Payne, włączając radio. Zayn wciąż nie mógł uwierzyć, że na prawdę miał numer Louis'ego. Tego Louis'ego Tomlinsona, za którym szalał od półtora roku, a który pewnie nie miał pojęcia, że Zayn istnieje. Tego artysty, który został stworzony, by śmiechem rozświetlać dzień Zayna Malika, kapitana szkolnej drużyny piłki nożnej i największego obiektu westchnień damskiej części ich szkoły.

______________________________
Witam!
Na zakończenie chciałabym podziękować za ponad 700 wejść. Jesteście cudowni!
I jeszcze zapraszam Was na mojego drugiego bloga o Larrym: www.the-brokenarrow.blogspot.com
Mam nadzieję, że rozdział się wam podoba, bo się za nic nie podoba.
I... to chyba na tyle. Aaa nie! Jeszcze coś! uruchomiłam coś takiego jak reakcje u dołu notki. Jeśli juz na prawdę nie chce wam się komentować, to chociaż kliknijcie w to, okej? Jestem ciekawa ilu na prawdę to czyta i ilu się podoba. Pozdrawiam!

6 komentarzy:

  1. Zayn jest taki słodki w Twoim wydaniu. Kapitan szkolnej drużyny piłkarskiej zakochuje się we wrażliwym malarzu. Uśmiech sam maluje się na twarzy. Mam nadzieję, że Zayn dobrze wykorzysta numer Lou.
    Życzę weny i czekam na next!

    OdpowiedzUsuń
  2. To jest genialne <3
    Mi sie to strasznie podoba, tak że nawet nie wiem co mam ci napisać w kom.. xD
    @Zaawsze_Spoko

    OdpowiedzUsuń
  3. Zayn i Louis... Zouis ♥
    Kocham to połączenie, no po prostu kocham ♥
    Alee Lou płakał :c nieee aż mi się łezki w oczach wezbrały...

    czekam na kolejny ♥

    OdpowiedzUsuń
  4. to jest świetne, genialne, odjazdowe, zajebiste, zajefajne, wyczapiste.... i brakuje mi przymiotników, których mogłabym tu użyć :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudowne opowiadanie :) Aż brak mi słów... Zakochałam się w nim od pierwszego rozdziału :)
    Jest Zouis! A raczej będzie. Przynajmniej taką mam nadzieję i już się nie mogę doczekać.
    Mam nadzieję, że Zayn dobrze wykorzysta zdobyty numer i szybko zajmie się poprawianiem humoru Louisowi. Mi też brakowało jego uśmiechu w tym rozdziale... A ta jego matka... Coś okropnego! Jeżeli taki jest powód jej nieobecności, to u mnie już jest skreślona. I jeszcze Harry jej mówił, że to ważna wystawa... Dobrze, że Lou ma chociaż Hazzę. Nie mogę się doczekać, aż pozna Zayna bliżej...
    Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego

    @KateStylees

    OdpowiedzUsuń
  6. Jest tak mało opowiadań o Zouisie. Choć dopiero po roku odkryłam fascynację bromance'mi. Dzięki tej pannie [KateStylees] powyżej odkryłam Twoje opowiadanie. Z każdym odcinkiem czuję, niedosyt. Piszesz lekko, ale też, że odczuwam na sobie każdą emocję głównych bohaterów, ich rozterki. W oczach miałam szklanki, czytając o sytuacji między Lou, a jego matką. Serce mi pękało, tak samo jak Zaynowi. Jestem ciekawa co zrobi z numerem. Obstawiam kilka rzeczy, ale chyba zachowam to dla siebie. Tylko zastanawia mnie, kiedy się zbliżą do siebie. Czekam na kolejny odcinek, ale szybciej niż ostatnio.
    Pozdrawiam ; ]

    OdpowiedzUsuń